W góry wychodzę TYLKO rano! - ratownicy24.pl

W góry wychodzę TYLKO rano!

góry

Ratownik z 20-letnim doświadczeniem przerywa swój urlop by pomóc poszkodowanym w sierpniowej burzy pod Giewontem. O przebiegu akcji i działaniach służb ratunkowych, a także obecnej pracy w sytuacji zagrożenia epidemiologicznego, opowiada Robert Szulc.

Jak to się stało, że znalazłeś się w centrum tak dramatycznych wydarzeń?

Przebywałem w tym czasie na urlopie w Białym Dunajcu. Tego dnia miałem wybrać się z dziećmi w góry, gdyż obiecałem im wejście na Czerwone Wierchy. Pewnie gdybyśmy zgodnie z planem poszli, to też moglibyśmy być wśród ofiar tej sierpniowej burzy. Przypadek jednak sprawił, że właśnie tego dnia wycieczka nam nie wypaliła. Całe szczęście, że oprócz tego, że jestem ratownikiem medycznym to jestem również wieloletnim członkiem PTTK – przewodnikiem i przodownikiem turystycznym. W związku z tym mam swoją zasadę: w góry wychodzę TYLKO rano. Dlatego zmodyfikowałem swoje plany i pojechaliśmy do Zakopanego. To sprawiło, że byliśmy akurat w Kuźnicach, gdy przyszła informacja o burzy.

Czym ta akcja ratunkowa różniła się od innych?

Na początku działań ratowniczych, nie wiadomo było co się stało, jaka jest skala tej tragedii i ile jest osób poszkodowanych, a taka sytuacja już rodzi problem. Do tego dochodzi teren, na którym doszło do tych dramatycznych wydarzeń – były to wysokie partie gór (Giewont), gdzie dostęp do rannych był bardzo utrudniony. W trakcie działań, okazało się, że zmieniła się także rozległość działań. Nie były to już tylko wysokie partie, ale również tereny nizinne ( Hala Kondratowa czy Dolina Kościeliska). Ostatnia kwestia to ilość osób poszkodowanych. Sto pięćdziesiąt siedem osób rannych, w tym cztery zmarłe. To pokazuje ogrom tej tragedii jak również ogrom działań ratowniczych.

Co w tym ogromie było najtrudniejsze?

W przypadku takiej tragedii trzeba mieć chłodną głowę i szybko podejmować decyzję. Kiedy dostałem zgodę na pomoc w szpitalu, od razu zgłosiłem się na SOR. Panował tam prawdziwy armagedon. Mam spore doświadczenie zawodowe i brałem udział w różnych akcjach ratunkowych, ale nie z tak dużą liczbą poszkodowanych, a pacjentów było naprawdę dużo. W związku z tym, że nie mieścili się w budynku szpitala (na SOR-ze), strażacy zorganizowali dla nich na miejscu szpital polowy. Na szczęście było też sporo pracowników personelu medycznego, którzy zgłosił się do pracy dobrowolnie lub zostali po swoich dyżurach. Nikogo nie trzeba było prosić o pomoc. Przyjęto mnie bardzo dobrze, nikt nie dziwił się, że ktoś z zewnątrz przyszedł i pomaga. Nie było też na to czasu, bo gdy człowiek jest ratownikiem medycznym, pracuje na izbie przyjęć, SOR-ze, czy w karetce, to nawet w obcym szpitalu się odnajdzie. Miałem tylko problem z terenem, bo nie wiedziałem na przykład, gdzie znajduje się tomograf czy pracownia RTG. Ale i tą niewiedzę dało się pokonać, bo był to problem najmniejszy ze wszystkich.

Jak z perspektywy czasu oceniasz działania służb ratunkowych? Czy jest coś, co można było zrobić lepiej?

Muszę przyznać, że organizacja akcji była wzorowa. Współpraca ratowników TOPR i GOPR, którzy bez wahania (nawet Ci, którzy byli w domach stawili się do pracy) w wysokich partiach gór podjęli działania ratownicze w celu pomocy poszkodowanym, była bardzo dobra. Należy pamiętać także o tych, którzy już działali na dole i w powietrzu tj. strażaków, policjantów, LPR, dyspozytorów medycznych koordynujących akcją czy w końcu o personelu szpitala w Zakopanym a także innych szpitali, którzy dokonywali szybkiego TRIAG-u, czyli odpowiedniej segregacji poszkodowanych. Każdy doskonale wiedział co ma robić. Dzięki temu nawet tak dużą liczbę rannych dało się opanować.

Dlaczego zdecydowałeś się na pomoc? Przecież to był Twój dzień wolny, który spędzałeś z rodziną.

Tutaj nie można było podjąć innej decyzji. Miałem tylko dwie możliwości: iść do góry, albo zostać na dole i próbować pomóc na miejscu. Szybko zaczęły jednak napływać do mnie informacje, że w schronisku na Hali Kondratowej wojskowy ratownik medyczny (też zresztą na urlopie), stworzył ze strażakami szpital polowy. Uznałem więc, że nie ma sensu iść wyżej. Wiedziałem, że pacjenci będą przewożeni do szpitala powiatowego w Zakopanem. A w przypadku takich katastrof zawsze może się zdarzyć, i często niestety tak jest, że personelu będzie lub jest za mało. Sprawdziłem, czy mogę się tam przydać, a kiedy otrzymałem zgodę, odwiozłem rodzinę do pensjonatu w Białym Dunajcu i wróciłem do zakopiańskiego szpitala. Nie było to proste, bo część trasy była już pozamykana dla cywilnych samochodów, gdyż karetki przewoziły pacjentów do innych szpitali.

reklama

Nasze strony wykorzystują pliki cookies. Korzystanie z naszych stron internetowych bez zmiany ustawień przeglądarki dotyczących plików cookies oznacza, że zgadzacie się Państwo na umieszczenie ich w Państwa urządzeniu końcowym. Więcej szczegółów w Polityce prywatności.